Gdy jechałam do Holandii, obliczałam w głowie: zarobię tyle i tyle, wydam na pewno tyle a tyle, oszczędzę tyle. Uff, w takim razie zarobię sporo. No to zaczęłam obliczać: kupię to i to, a jak wrócę do Polski to kupię jeszcze tamto. Plan wydawał się idealny.





Następnego dnia po przyjeździe poszłam do pracy. Tylko na cztery godziny, ale myślałam, że później już będzie normalnie. Trzy dni z rzędu tak pracowałam. Praca lekka, przy różach. Czwartego dnia czekałam dwie godziny na busa. Wróciłam do domu, koordynatorka dzwoni: – Bus się zepsuł. Chce pani przyjechać na sprzątanie biura? To zajmie dwie godziny.

Za cztery dni pracy dostałam 50 euro po dwóch tygodniach. W międzyczasie zaczęłam pracę w innym biurze. Robota na polu, nad morzem. Sami Polacy i Holendrzy. Zimno, wiatr wieje, ale fajni ludzie – można pracować. Jest tu taki Holender Ron, który słucha Rycha Pei i co chwilę mówi: kurewskie życie.

Każdy chce się przytulić
Pracuję razem z Patrycją, jesteśmy jedynymi dziewczynami. Zakłada słuchawki na uszy i słucha popka, a kiedy go nie słucha to gadamy o byłych facetach. Praca łatwa, stoimy przy maszynie i sadzimy hortensje, wsadzamy planty jeden po drugim, to znaczy ja w dwie doniczki, Patrycja w dwie następne i tak to leci. Podoba mi się Tomek, pracujemy z nim codziennie. Któregoś dnia Tomek zdjął koszulkę i tak się zapatrzyłam, że uderzyłam głową w maszynę. Marcin, jego kolega, jest byłym żołnierzem, służył w Afganistanie. W Polsce ma żonę i dzieci, ale chciałby się do kogoś przytulić. Tu tak z każdym – każdy szuka sobie kogoś na miejscu.





Chłodnia, czyli katorga
Na polu pracujemy z Patrycją przez trzy tygodnie, potem każdą z nas wysyłają gdzie indziej. Ona trafia na pracę od rana do 23, ja na lekką przy sadzeniu orchidei – nawet siedzieć mogę. Wielu by marzyło o tej pracy, ale mnie ona irytuje. Czwartego dnia mówię, że odchodzę. Szukam pracy w innym biurze. Znajduję następnego dnia u Turka. Pierwszy dzień zaczynam od piątej rano, kończymy o 21.30. Nowa jest też Iga, mała chuda blondynka. Robimy cały dzień w chłodni, przerwy mamy dziesięciominutowe. Zdążamy tylko wypalić jednego papierosa, choć mamy ochotę na dwa. Nikt nie uprzedził nas, że będzie tak zimno, Iga nawet nie ma rękawic.
Chodzimy po chłodni i pakujemy emery z kwiatami i wodą na kary. Niektóre -zwłaszcza lilie – są bardzo ciężkie i musimy zabierać je z samej góry. Trzeba dokładnie liczyć, obie się co chwilę gubimy, praca jest ciężka. Wieczorem nie dajemy już rady, Iga płacze. Holendrzy zamówili sobie po pizzy, nam dają jedną na 8 osób. Wracam do domu i śpię przez trzy godziny. Rano wstaję, ubieram cztery swetry i wychodzę do pracy.

Po drodze okazuje się, że Iga i jeden chłopak nie przyszli. Turek jest zły. Dziś już nie ma tak dużo pracy w chłodni i bardzo mnie to cieszy. Ludzie są niemili, cały czas coś jest nie tak. Okazuje się, że muszę założyć konto w holenderskim banku, mimo że mam polskie, walutowe. Pytam Turka codziennie, kiedy będę miała wolne, by je założyć – boję się, że mnie oszuka.
Mam wolne po tygodniu, szybko idę załatwić konto. Pierwszą wypłatę mam po dwóch tygodniach. Z czego żyję do tej pory? Mieszkam u ciotki, dostaję też rentę w Polsce. Miałam jej za granicą nie ruszać, jednak inaczej nie miałabym nawet na papierosy. Papierosy kosztują tu 7.50 euro za paczkę, próbuję rzucić. Ale co mam robić na dziesięciominutowej przerwie jak nie palić? Palę więc znowu.





300 euro za 6 dni harówki
Organizacja jest tu bardzo zła. Do południa nie mamy co robić, musimy więc udawać, że pracujemy, bo inaczej by nas wyrzucono. Od południa pracy jest tyle, że nie wyrabiamy się przed dwudziestą, czasem zostajemy o dwie godziny dłużej. Pierwszą wypłatę dostaję po trzech tygodniach. 300 euro za pierwsze sześć dni pracy, od piątej rano do wieczora. W chłodni jest bałagan, nic nie stoi na swoim miejscu, czyli tak jak podane mamy na lajstach.
Co chwilę muszę prosić o pomoc Holendra i bardzo mi przez to głupio. W pierwszą sobotę jestem zdziwiona – pracujemy przy układaniu bukietów i mamy 20-minutowe przerwy. Którejś soboty jest jednak bardzo dużo pracy w innej chłodni – pracujemy do 21, jest dużo liczenia, nie można się w niczym pomylić. Jedna dziewczyna – Agata jest w ciąży, ale musi wytrzymać jeszcze kilka miesięcy przy dźwiganiu kar i emerów w zimnie, aby móc pójść na urlop macierzyński.
Pewnego dnia przychodzi do nas Sinan z Turcji, który w najgorsze dni stara się mnie rozweselić – stoi za szefem i robi głupie miny, bylebym nie myślała, że przed nami jeszcze 10 godzin w fabryce. To on zazwyczaj mnie przywozi i oowozi, ale nie lubi tego, bo musi wstawać godzinę wcześniej niż wszyscy i dwie godziny później niż my jest w domu. A pieniędzy nie ma za to tak znowu wiele.
niedziela do Polski bez limitu bagażu

Pewnego razu ma mnie odwieźć inny Turek, koordynator. Przed wyjazdem pije whisky z colą z plastikowego kubeczka do kawy, częstuje też mnie. Wsiada dopiero, gdy wypił całą butelkę. Mówi mi: – Nie martw się, jeżdżę po alkoholu lepiej niż na trzeźwo. Boję się, ale okazuje się, że ma rację. W ostatni poniedziałek mojej pracy w ogóle nie spałam, bo miałam na trzecią rano. Rozmawiam z Sinanem, który jest pewny, że skoro zaczęliśmy tak wcześnie to nie będziemy pracować dłużej niż do 15. Okazuje się, że mamy zostać do 20. Nie daję rady, mówię, że więcej nie przyjdę do pracy. Kilka dni później wracam do Polski bez żadnych odłożonych pieniędzy i z niepewnością, czy za poprzednie dwa tygodnie dostanę wypłatę. Na szczęście Turek mnie nie oszukał.

Praca jest, ale…
Co by było, gdybym mieszkała w firmowym domku lub wynajmowanym pokoju? Wydaje się, że wyjazd za granicę w celach zarobkowych jest tak prosty, bo nie ma problemu z pracą. O pracę przecież tu tak łatwo. Jak nie jedna, to druga. Zgadzam się z tym, ale zdarza się, że człowiek – zwłaszcza po sezonie – nie ma tej pracy przez tygodnie, lub ma ale za zaniżoną stawkę. Nie każdy ma takie szczęście, że może mieszkać u rodziny, której dorzuca się za mieszkanie i jedzenie grosze. Nie każdy ma to szczęście, że w firmowym domku nie trafi na patologię.
Patrycja mieszkała z mężczyzną, który wsadził innemu współlokatorowi szklany kieliszek do gardła. Ludzie tam ćpają i piją bez opamiętania, a gdy trafi ci się praca od nocy do nocy – nawet nie masz psychicznej siły by zwrócić im uwagę – chcesz tylko się położyć i przysnąć na dwie, może trzy godziny. Co jeśli masz dziecko? Prowadzisz je o czwartej rano do opiekunki, idziesz po nie wieczorem i masz szczęście, jeżeli godziny pracy masz w miarę regularne. Co jeśli masz męża? Widzisz go kiedy śpi, o ile nie chodzi na nocki. Widzisz go, jak wychodzi i zamyka za sobą drzwi, jeśli to nie ty wtedy śpisz.

Praca w Holandii jest dobrym pomysłem na w miarę szybki zarobek dla studentów i uczniów, dobrą szkołą życia, dobrym doświadczeniem. Jest szansą dla starszych ludzi, którzy w Polsce nie dawali rady finansowo. Ale nie można powiedzieć, że wszystko jest tam łatwe i przyjemne, bo nie jest.
Mam dwadzieścia lat i studiuję – jakkolwiek komuś moje studia wydadzą się „nie przyszłościowe” widzę dla siebie wiele możliwości w swoim kraju, choć patriotka ze mnie żadna. I szlag mnie trafiał, gdy spotykałam w Holandii ludzi, którzy również mieli tu możliwości, a pojechali harować w ciężkich warunkach od świtu do zmierzchu, nie widując swojej rodziny, dzieci, kobiety w ciąży. Zagranica nie jest jak El Dorado. I mam nadzieję, że więcej nie będę musiała pozwalać traktować się jak niewolnicę – bo tak traktowano mnie w ostatniej pracy u Turka.

Kamila Szałas

Czytaj więcej na http://praca.interia.pl/praca-za-granica/news-moje-przykre-z-holandia-doswiadczenia,nId,1862974#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=other

źródło: interia.pl

(Visited 2 917 times, 3 visits today)