Zabrano je biologicznym rodzicom, bo ci nie byli w stanie się nimi zajmować, m.in. z powodu nadużywania alkoholu. – Może miałam źle w domu, ale mama nigdy mnie nie uderzyła. A obcy ludzie mnie biją, byłam duszona – powiedziała jedna z wychowanek placówek opiekuńczo-wychowawczych typu rodzinnego w Sucuminie i Starogardzie Gdańskim.




To, co zgotowali im opiekunowie okazało się być prawdziwym piekłem. – Znęcają się nad nami fizycznie i psychicznie. Baliśmy się o tym powiedzieć, bo mówią, że mają wielkie znajomości i nie mamy z nimi szans – opowiadają wychowankowie tych placówek.

– Chłopak nie chciał robić pompek, dlatego został porażony paralizatorem, kopany w żebra, uderzony w twarz pięścią. Wtedy podbiegł inny chłopiec i powiedział: „Tak nie będzie! Nie będzie znęcania się nad młodszymi!. I dostał od pana Leszka w twarz – opowiada jedna z wychowanek. I stanowczo dodaje: – Mówią nam, że nikt nas nie chce, dlatego tu jesteśmy. Że wszyscy wiemy, jakimi jesteśmy złymi dziećmi. Że nie da się nas inaczej wychować, dlatego używają w stosunku do nas przemocy. Anię, która chorowała na bulimię, wyzywali, że jest gruba i brzydka. Pytali, jak może patrzeć w lustro. „Ty jesteś k…wą, jesteś pop…dolona”. Od szmat dziewczyny wyzywają, nawet te małe, które mają po siedem lat. Mówią, że jest się zwykłym gównem, do niczego się nie nadaje, że jest się niczym. Że rodzice mogliby nas zabić, bo nie ma z nas żadnego pożytku – wylicza dziewczyna.

Opiekę zastępczą ustanowiono po to, by dzieci, którym dobrego domu nie są w stanie zapewnić biologiczni rodzice, odnalazły spokój, miłość, bliskość w rodzinie, a nie w domu dziecka.

Placówkę Opiekuńczo Wychowawczą typu rodzinnego w Sucuminie prowadzi małżeństwo, które ma też drugi dom w Starogardzie Gdańskim. Ogółem mają pod opieką 24 dzieci po różnych przejściach. Jedna z dziewcząt została odebrana biologicznej mamie, bo ta nadużywała alkoholu. – W domu może miałam źle, bo mama piła, ale nigdy w życiu mnie nie uderzyła! A obcy ludzie mnie biją! Byłam duszona! – mówi nam dziewczyna.



Niedziela

Twierdzi, że w drugiej placówce, prowadzonej przez to samo małżeństwo, dzieci są bite kablami. – Nawet te najmłodsze! – mówi dziewczyna. Dodaje, że tutaj, w domu w którym mieszka, na co dzień opiekunów nie ma wcale. – Przyjeżdżają, kiedy coś zrobimy, żeby nas opieprzyć, czy nam wlać – mówi bez ogródek. Nastolatka okaleczała się i dlatego – jak mówi – trafiła do szpitala psychiatrycznego. – Zamknęłam się w sobie, nie chciałam o niczym mówić. Ale to przecież nie oznacza, że od razu miałam zostać zamknięta! – mówi. Dziewczyna opowiada nam też, że przez cały czas dostaje teraz leki psychotropowe. – Dlatego, że byłam w szpitalu psychiatrycznym – przekonuje. Podkreśla też, że nigdy nie umożliwiono jej spotkania z psychologiem.

Niepokojące zjawiska w domu dziecka zaobserwował także jeden z wychowawców, którego zatrudniono na miesiąc do placówki w Sucuminie. To on powiadomił o patologiach Rzecznika Praw Dziecka, który wszczął kontrolę.

Co na ten temat ma do powiedzenia dyrektorka PCPR, które powinno kontrolować placówki? – Z dziećmi są systematycznie przeprowadzane rozmowy. A z tymi, które do państwa dzwoniły rozmawialiśmy indywidualnie, bo te dzieci mają różne problemy: typu wychowawczego, typu tego, że są objęte specjalistyczną pomocą medyczną. Problemy z tymi dziećmi są zawsze! One opowiadają różne rzeczy. Zgłaszają różne sytuacje – powiedziała Tatiana Naumann.

– To są poważne zarzuty i będziemy to sprawdzać. Uruchomimy procedury. Ani do mnie, ani do psychologów, koordynatorów, nikt nie zgłaszał takich sytuacji – przekonuje pani dyrektor.

Sprawa trafiła do prokuratury i sądu rodzinnego. Dzieci opuściły placówkę i w większości trafiły do drugiego ośrodka prowadzonego przez tych samych ludzi.




źródło: wp.pl


(Visited 92 times, 1 visits today)