Chcesz Ferrari, Bugatti i Lamborghini, ale nie masz miliona albo siedmiu? Proszę bardzo. Wykładasz kasę i masz wierną replikę takiego auta, dopracowaną w najmniejszych detalach. A to wszystko zrobi dla ciebie wrocławska firma. Kosztuje kilka razy mniej niż oryginał.

Na początku był tuning

Dolny Śląsk lat 90. Miejscowi lowelasi chcą przyszpanować, kiedy zabierają dziewczyny na disco. Po miasteczkach i wsiach szaleją duże i małe fiaty – 125p i 126p. Pomalowane na pstrokato, odpadają im dorabiane zderzaki i spojlery, stylizowane na wyścigowe, pęka karoseria. Tak wyglądał wtedy tuning made in Poland.

– Zawsze chciałem zrobić coś, na co mnie nie stać. Dlaczego? A Pana stać na auto za 2 mln euro? No właśnie. Mnie też nie było. Chciałem mieć coś, co było drogie. Kiedy 20 lat temu patrzyłem na Ferrari czy Lamborghini Diablo, wiedziałem, że to jest coś, bez czego ciężko mi będzie żyć. I postanowiłem zrobić je sam.  ARKADIUSZ BOJAR

Lata 90. to szał na niemieckie i japońskie auta. Kto je ma, ten jest panem. Są masowo przewożone przez niemiecką granicę. Do przejścia granicznego w Zgorzelcu niedaleko, ledwie ponad 100 km, każdy chce mieć niemca lub japończyka. A jak jeszcze go podrasujesz, to będziesz królem życia.

– 18-20 lat temu profesjonalnego tuningu praktycznie w Polsce nie było. Jeśli już ktoś go robił, to źle interpretował, efekciarsko coś dorabiał, by wyglądało. Fuszera i tyle – mówi w rozmowie z INN:Poland 37-letni Arkadiusz Bojar.

– Z wykształcenia jestem technikiem chemicznym. Zawsze lubiłem dłubać przy samochodach. To było moje hobby. Ale z czasem przerodziło się w pasję i pracę. Jeśli spędzam w warsztacie 15-20 godzin dziennie, inaczej tego nazwać nie można. – mówi Bojar.

– Zaczynaliśmy od tuningu optycznego. Przerabialiśmy zderzaki, montowaliśmy spojlery, przyciemnialiśmy szyby, lakierowaliśmy. Dobrze nam to wychodziło. Z czasem przeszliśmy do totalnej zmiany designu. Całkowicie przerobiliśmy np. Porsche Cayman czy Mitsubishi Eclipse, który został obniżony i poszerzony z 1,7 m do ponad 2 metrów szerokości – opowiada Arkadiusz.

Zrobiłem Ferrari, bo nie było mnie na nie stać

I wtedy przyszedł czas na wielkie marzenie Arkadiusza – replikę Ferrari F50. To legendarny samochód produkowany w latach 1995-97, który przenosi na zwykłe jezdnie wrażenia z torów Formuły 1. Łącznie wyprodukowano tylko 349 egzemplarzy tego auta. – Zawsze chciałem zrobić coś na co mnie nie stać. Dlaczego? A Pana stać na auto za 2 mln euro? No właśnie. Mnie też nie było. Chciałem mieć coś, co było drogie. Kiedy 20 lat temu patrzyłem na Ferrari czy Lamborghini Diablo, wiedziałem, że to jest coś co bez czego ciężko mi będzie żyć. I postanowiłem zrobić je sam – opowiada.

Zbudował replikę Ferrari F50 samodzielnie, całkowicie od podstaw. Trwało to 2,5 roku. Zaczął od firmowego modelu w skali 1:18, który rozebrał na części. Już wiedział jak zbudować idealną replikę Ferrari w rzeczywistych wymiarach. Dwa lata zajęło stworzenie modelu i form, które posłużyły do następnych replik. Powstała wierna kopia, którą specjaliści od replik z Niemiec, Austrii i Włoch ocenili jako najładniej i najdokładniej wykonaną kopię Ferrari F50.

Jak wygląda praca nad repliką samochodu ? Arkadiusz kupuje żywicę do wykonania karoserii. Wnętrze to także żywica obita skórą. Wszystko przygotowuje w warsztacie sam z siedmioosobową ekipą – karoserię, błotniki, zabudowy, drzwi, tapicerkę, zdobienia. Polem do budowy repliki jest samochód bazowy, który podlega totalnej przeróbce na Ferrari.

Trzeba zespawać ramy, mocowanie silnika, instalację elektryczną. Do tego lakierowanie, malowanie, szpachlowanie, wierne odwzorowanie wnętrza pojazdu. To kilka miesięcy pracy. Więc replik można wykonać 3-4 rocznie.

Ferrari a może Pontiac czy Audi?

Oczywiście, mówiąc, że to Ferrari, popełnilibyśmy nadużycie. Taki F50 ma płytę podłogową od Pontiaca Fiero, a silnik, zawieszenie, skrzynię biegów czy elektrykę z Audi A8/S8. Podobnie inne modele. W świetle prawa to dozwolone, o ile produkuje się kopie modeli, które w oryginałach nie są już produkowane. Oczywiście kopie nie mają symboli marek i znaków firmowych. Są po prostu podtuningowanymi samochodami bazowymi. Nieoficjalnie wiadomo, że klienci dorabiają je sobie sami. W końcu jak się ma Ferrari czy Bugatti, to nie po to, by komuś kojarzyło się z podróbką. Ma wyglądać jak oryginał.

BUSY DO HOLANDII NIEMIEC BELGII 🙂

Dziś Arkadiusz cały czas bawi się w repliki. To klient jest tu jednak panem. Niektóre modele firma Arkadiusza buduje więc całkowicie od zera, w zależności od wymagań.

To nie jest tania robota. – Byli u mnie kiedyś właśnie tacy… hm… dziennikarze. Pisali potem, że można mieć ferrari za 30 tys. zł. A to bzdury. To tuning zaczyna się od 30 tys. zł, jeśli ktoś chce replikę, rozmowy zaczynamy od 120 tys. zł – dementuje Arkadiusz.

Wiadomo, że najczęściej klienci kupują repliki Ferrari, Bugatti i Lamborghini, choć o tych dwóch ostatnich Arkadiusz nie chce mówić oficjalnie. Kupisz tu kultowe bestie znane z wyścigów, filmów i gier, obiekty westchnień fanatyków motoryzacji. Chcesz Bugatti Veyron? Lamborghini Murcielago? Proszę bardzo. Wykładasz 250-500 tys. zł i masz. Za Bugatti trzeba zapłacić 400 tys. – oryginał w salonie kosztuje prawie 7 mln zł. Czy to się opłaca? Jeśli lubisz Audi, które wygląda jak Ferrari, to będziesz zadowolony.

Kto je właściwie kupuje? Tu Arkadiusz jest tajemniczy. – Nie mogę o tym mówić, klienci proszą o anonimowość. Ale to bogaci ludzie. Raczej nie jeżdżą tymi samochodami do pracy. Mam polskiego klienta, który kupił już u nas 4 modele. A do tego ma oryginalne Lamborghini. Poza tym kupują u mnie ludzie z całej Europy: Hiszpanii, Niemiec czy Rosji, ale także USA czy Kanady, a nawet szejkowie z Dubaju – wylicza.

Bojar nie prowadzi jednak żadnych działań promocyjnych poza polskojęzyczną stroną internetową, rzadko aktualizowaną. Napaleni na jednorazowe cacka polscy bogacze z fanaberiami znajdują je tu sami, bo firm podobnych do Bojara, odtwarzających wiernie kultowe samochody, próżno szukać. Tym bardziej ciekawe, jak firma dociera do klientów w Europie, za oceanem i w Azji? – Po prostu sami nas znajdują, za granicą przez pośredników, czyli Polonię rozsianą po całym świecie. Poleca nas – mówi Jerzy Bojar, ojciec Arkadiusza, który także pracuje w firmie.

Trochę kultury z biznesie pogrzebowym

Repliki to dziś tylko jedna z działalności Bojara. Produkuje również luksusowe karawany i samochody pogrzebowe w oparciu o bazowe mercedesy, np. W212. W firmie zajmuje się tym pan Jerzy.

– Ktoś musi robić luksusowe karawany, by było trochę kultury. Nasze są z górnej półki. Przy karawanie pracują dwie osoby, trwa to 2,5 miesiąca, można ich więc zrobić maksymalnie 5 rocznie. Obcina się dach, przygotowuje i nakłada całą zabudowę. Trzeba zrobić wysuwaną podłogę – na trumnę, firanki, tapicerki, całe boki, sufit. Wszystko musi być zgodne z przepisami sanepidu, przewozimy przecież ludzkie szczątki – przybliża tajniki pogrzebowego biznesu.

Pan Jerzy nie chce zdradzać ceny szytego na miarę samochodu. Wiadomo, że koszt samego samochodu bazowego to około 200 tys. zł. Kto je kupuje? Nie tylko polskie zakłady pogrzebowe, po karawany chętnie sięgają także firmy z Ukrainy czy Litwy.

źródło: innpoland

(Visited 142 times, 1 visits today)