Takiego zamachu na pieniądze kierowców w najnowszej historii Polski jeszcze nie było. Projekt zmian w podatku akcyzowym od samochodów to jeden z najbardziej absurdalnych pomysłów Ministerstwa Finansów. Jeśli przepisy wejdą w życie akcyza na najpopularniejsze pojazdy wzrośnie średnio pięciokrotnie!

Przypomnijmy, że pomysłodawcą zmian w podatku akcyzowym był senator PiS Grzegorz Peczkis. Co ważne, przygotowane przez niego propozycje zakładały OBNIŻENIE stawek akcyzy na samochody. W pierwotnym projekcie czytamy m.in. że, gdy w 2008 roku ustalano obowiązującą wysokość podatku (18,6 proc. w przypadku aut z silnikami o pojemności powyżej 2,0 l) „zaporowa stawka akcyzy miała za zadanie wspieranie krajowej produkcji aut. Obecnie powód ten nie znajduje już uzasadnienia w rzeczywistości”. Podsumowując, w 2008 roku chodziło o ratowanie upadającej FSO. Dziś, po żerańskiej fabryce pozostało jedynie wspomnienie, a kierowcy – jak płacili, tak płacą. A wkrótce zapłacić mają nawet 5 razy (!) więcej.  

Pierwotny projekt miał na celu obniżenie stawek i uproszczenie sposobu naliczania podatku. To, co zrobili z niego przedstawiciele Ministerstwa Finansów przypomina stare dowcipy o Radiu Erewań. „Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody? Prawda z tym, że nie samochody a rowery, i nie rozdają, tylko kradną”. Z akcyzą ma być podobnie. Czy to prawda, że będzie taniej? Tak, ale tylko w przypadku samochodów kosztujących powyżej 100 tys. zł. „Biedota” zapłaci nawet osiem razy tyle, co obecnie!

Zabiorą biednym, dadzą bogatym

Sztandarowy argument Ministerstwa Finansów jest taki, że dzięki nowym stawkom akcyzy stanieją pojazdy fabrycznie nowe, więc zamiast (najpewniej hobbystycznie) kupować 15-letnie samochody z Niemiec, rodacy tłumnie rzucą się do salonów. Rzeczywiście – najtańsze nowe auta, które dziś kosztują około 30 tys. zł, potanieć mogą nawet o… 500-1000 zł. Dzięki temu nie będziecie już musieli tłuc się z dwójką dzieci starym Passatem z 6 poduszkami powietrznymi, dwustrefową klimatyzacją, pełną elektryką i bagażnikiem o pojemności 600 l. Zamiast tego, za circa 30 tys. zł, będziecie mogli wyjechać z salonu fabrycznie nowym, ekskluzywnym Fiatem Panda! Nie jesteście do końca przekonani? Dziwne, bo w Ministerstwie Finansów nie mają wątpliwości (swoją drogą, jak to się ma do wspierania rodzin wielodzietnych?).

busy holandia polska

Trzeba jednak przyznać, że ceny nowych aut faktycznie spadną. Przykładowo – jeśli ktoś z was chciałby zamienić swojego 15-letniego Opla Astrę na nowego Mercedesa klasy S – będzie zachwycony. Dziś, za najtańszy model – S 350 d – zapłacić trzeba 377 tys. zł z czego akcyza stanowi aż 70 122 zł. Po proponowanych zmianach akcyza na taki wóz wynosić będzie – uwaga – 3025 zł! Zamiast 377 tys. zł nową „eskę” będziecie więc mogli kupić już za 304 tys. zł! I jak? Biegniecie już do salonu?

A jak wyglądać będzie akcyza w przypadku – wspomnianej już – 15-letniej Astry? Obecnie, za samochód z silnikiem 1,6 l zapłacić musicie 3,1 proc. Auto warte jest niespełna 10 tys. zł, więc podatek wyniesie was około 310 zł. Po zmianach, będziecie musieli wyłożyć dokładnie 2481 zł. Podsumowując – biedniejsi, którzy mogą pozwolić sobie na samochód za około 10-15 tys. zł zapłacą 8 razy więcej niż do tej pory. Najbogatsi, wydający na auto 300-400 tys. zł – zapłacą 23 krotnie mniej!

Propozycją Ministerstwa Finansów przyklaskują przedstawiciele dealerów, którzy przekonują, że zaporowe stawki podatku zatamują zalewającą nas „falę złomu”. Takie myślenie to albo przejaw – podszytego ignorancją – cynizmu, albo zupełnego niezrozumienia mechanizmów rządzących motoryzacyjnym rynkiem w Polsce. Oczywiście, można się śmiać, że Polacy „czyszczą złomowiska” w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii, sprowadzając do kraju pełnoletnie Audi, Ople i Volkswageny. Nie można jednak zapominać, że dzięki nim, na polskie złomowiska trafiają – równie wiekowe – Polonezy, Daewoo Lanosy czy Tico. W czasie wypadku wolelibyście siedzieć w 15-letnim Audi A4 z 4 poduszkami powietrznymi, czy raczej równoletnim Lanosie, bez airbagów, ABSu, a nawet wspomagania kierownicy?

Trzeba stanowczo stwierdzić (bo wygląda na to, że ani w Ministerstwie, ani wśród dealerów nie mają o tym zielonego pojęcia) że czasy, kiedy na lawetach królowały archaiczne Golfy III czy Ople Vectry B odeszły do lamusa. Za sprawą takich serwisów jak nasz, z każdym dniem wzrasta świadomość społeczna. „Zespawanego z dwóch” Mercedesa sprzedać dziś o wiele trudniej, niż jeszcze kilka lat temu. Kierowcy, coraz częściej są w stanie zweryfikować przeszłość samochodu, coraz większa liczba z nich przed zakupem decyduje się chociażby na badanie pojazdu miernikiem grubości powłoki lakierowej czy wizytę u diagnosty. Właśnie z tego względu wśród handlarzy królują dziś auta uszkodzone mechanicznie (w Polsce koszty napraw są zdecydowanie niższe, niż za Odrą) lub najstarsze, których Niemcy pozbywają się z uwagi np. na „plakietki środowiskowe”. W porównaniu z fabrycznie nowymi samochodami można mówić o ich złym wpływie na środowisko, ale podnoszenie argumentu o złym stanie technicznym jest bzdurą. Każdy z nich musi przecież przejść przegląd techniczny, a znaczna część wjeżdża do Polski na własnych kołach z ważnymi (niemieckimi) badaniami technicznymi! Podsumowując, można bez żadnej przesady stwierdzić, że wyszydzana „fala złomu” ratuje polskie życie (co potwierdzają statystyki wypadków). Wkrótce może się to jednak zmienić. Dlaczego? Już tłumaczymy, jak wygląda to z perspektywy handlarza…

Znikną auta z TUVem. Wrócą rozbitki

Średnia wartość importowanego do polski auta to dziś niespełna 15 tys. zł (!), czyli połowa tego, ile zapłacić trzeba za najtańszy nowy samochód. Składają się na nią – ponoszone przez handlarzy – cena zakupu, koszty transportu, napraw oraz – leżące z reguły po stronie nabywcy – opłaty związane z rejestracją. Oznacza to, że aby cokolwiek zarobić, importer wydać może na samochód maksymalnie 1500 euro. Za taką kwotę kupi w Niemczech podniszczonego, leciwego Golfa z aktualnym przeglądem. Już w Polsce będzie musiał zainwestować w lakierowanie zderzaków, nabicie klimatyzacji, pranie tapicerki i kilka drobionych napraw. Doliczając do tego zarobek – średnio na poziomie 2-3 tys. zł – otrzymujemy kwotę 12-15 tys.

Po zmianie akcyzy opłaty rejestracyjne – z obecnych 500 zł – wzrosną do około 3 tys. zł. By utrzymać dochód handlarz będzie więc musiał kupić auto nie za 1500 euro, ale – maksymalnie – za połowę tej kwoty. Wniosek? Faktycznie zatamujemy falę zalewającego nas „złomu”, tyle tylko, że na granicy zatrzymamy stare, droższe pojazdy – z niemieckim TUVem – których stan techniczny nie budzi wątpliwości. Zamiast nich do łask wrócą rozbitki, które można kupić za 200-500 euro. Oczywiście, będzie je trudniej sprzedać, ale to przecież kwestia popytu. Gdy z komisów znikną już wszystkie sensowne propozycje w cenie 10-15 tys. zł, złom wróci do łask.

Lubisz stare auta? Jak nie, to polubisz…

Inną bzdurą jest – podnoszony przez autorów projektu – argument o tym, że zaporowe stawki podatku akcyzowego wpłynąć mają na obniżenie średniego wieku pojazdu w Polsce. Jeśli sięgniemy po szczegółowe dane okaże się, że efekt będzie dokładnie odwrotny! Jak donosi internetowa platforma doradcza Chceauto.pl, Polacy najczęściej szukają dziś aut w cenie od 10 do 20 tys. zł (37 proc. zapytań). Kolejnych 20 proc. nabywców deklaruje zakup auta za kwotę – maksymalnie – 10 tys. zł. W oparciu o te dane można przyjąć, że przeszło POŁOWĘ rynku aut używanych w Polsce stanowią obecnie samochody w cenie do 20 tys. zł! Z danych Chceauto.pl wynika również, że statystyczny Polak planuje użytkować swój „nowy” samochód przez – średnio – 24 miesiące.

Wniosek? Gdy nie będzie nas stać na wymianę 15-letniej Astry na 10-letniego Golfa, będziemy zmuszeni remontować tą pierwszą. Wzrośnie więc średni czas eksploatacji, a – co za tym idzie – wynoszący dziś przeszło 11 lat średni wiek samochodu! Upadnie argument, że „czegoś nie opłaca się naprawiać”. Rodacy po prostu nie będą mieli innego wyjścia.

PiSowskie „lub czasopisma”

Oczywiście w pełni rozumiem potrzebę wspierania producentów nowych aut. W normalnych krajach (Niemcy, a nawet Rosja!) klientów zachęcano do odwiedzania salonów proponując dopłaty za złomowanie pojazdów. W Polsce o dopłatach nie ma mowy, sytuację rozwiązać ma obłożenie kolejnymi opłatami starszych samochodów. Zamiast marchewką, traktowani jesteśmy kijem.

Wg różnych danych (Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców nie można ufać, ze względu na tzw. „martwe dusze” – czyli samochody, które dawno już zostały zezłomowane) po polskich drogach porusza się obecnie 17 mln samochodów osobowych. W zeszłym roku sprzedano w naszym kraju 400 tys. nowych aut. W tym tempie, pełna wymian parku samochodowego, zajęłaby nam około 42 lata…

Warto jednak mieć na uwadze, że niemal 70 proc. nowych aut zarejestrowanych zostało na firmy. Oznacza to, że w zeszłym roku zaledwie 120 tys. Polaków mogło pozwolić sobie na zakup nowego samochodu! Dla porównania import używanych sięgnie w bieżącym roku przeszło 900 tys. sztuk. Na 1 fabrycznie nowy pojazd kupiony przez statystycznego Kowalskiego przypada 9 używanych.

Dlaczego tak się dzieje? Spójrzmy na uśrednioną wartość. Z danych instytutu Samar wynika, że średnia cena nowego samochodu kupionego w Polsce w zeszłym roku to – uwaga – 90 tys. zł (tak tak, niedobre, zachodnie korporacje szukają kosztów). Dla porównania, średnia cena auta sprowadzonego oscyluje w okolicach… 15 tys. zł. Czy panowie z Ministerstwa Finansów dostrzegają jakąś różnicę? Ja dostrzegam. To proste – wystarczy podzielić 90 tys.  przez 15 tys. i okaże się, że najlepszym sposobem zachęcenia Polaków do zakupu nowych aut będzie SZEŚCIOKROTNE podniesienie średnich zarobków!

Kończąc wypada jeszcze wspomnieć o niewinnym dopisku, który w całej wrzawie dotyczącej nowej akcyzy zdaje się przechodzić bez echa. Otóż rząd planuje też skok na kasę małych przedsiębiorców, którzy stanowią wodę na młyn gospodarki. Do tej pory podatkiem akcyzowym objęte były wyłącznie „samochody osobowe”. Teraz ma on dotyczyć „wszystkich pojazdów o masie własnej do 3,5 tony”. Oznacza to, że – od przyszłego roku – akcyzę trzeba też będzie płacić od pojazdów specjalnych, czyli aut użytkowych (lawety, podnośniki koszowe, tzw. „doki” itd). W tym kontekście słynny niegdyś – dopisany do ustawy o mediach – zwrot „lub czasopisma” to doprawdy mały „pikuś”!

 

źródło: interia.pl

 

(Visited 705 times, 1 visits today)